Kornel – siła spokojnego uporu

Wirtualna czytelnia

Wydawałoby się, że w jakiejś mierze zbudowany był ze sprzeczności. Bezkompromisowy radykał a zarazem przywódca, potrafiący w swej organizacji „godzić ogień z wodą”. Jego Solidarność Walcząca aż kipiała od narowistych charakterów. Po latach okazało się też, jak różne były poglądy jej członków. Solidaryści, syndykaliści, liberałowie, konserwatyści… Mnóstwo ludzi z fantazją, wielkimi ambicjami, trudnymi do poskromienia skłonnościami do chodzenia własnymi drogami.  Katalogi pomysłów na formy działania, różne wizje przyszłej Polski, zażarte dyskusje i spory. Co sprawiało, że całe to barwne towarzystwo nie ulegało dezintegracji? Nie rozpadło się przez kilka ciężkich lat, pomimo atomizacyjnych działań reżimu, użycia przeciw niemu „wszystkich sił i środków” (cytat z Koszczaka), zwalczania także przez część podobno też opozycyjnych „elit”, apelujących oszczerczo do Amnesty Internatiomal: „Nie wstawiajcie się za nimi, to terroryści!” Czemu zawdzięczać należy to, że pomimo wielu po temu przyczyn, organizacja Kornela Morawieckiego nie rozpadła się? Odpowiedź zawiera się w pytaniu. Nie rozpadła się właśnie dlatego, że była to - jego organizacja. Ten „bezkompromisowy radykał” miał nadzwyczajną zdolność godzenia, zbliżania i skupiania ludzi na tym, co naprawdę ważne.

„To są bzdury” czyli sztuka „oddzielania ziarna od plew”

„To głupstwa” – te słowa były jednymi z częściej się pojawiających w czasie dyskusji z Kornelem. Jedną z cech jego myślenia i działaniu było bowiem bardzo umiejętne oddzielania spraw ważnych od pozbawionych znaczenia. W jego życiu zawsze roiło się multum aktywności: praca dydaktyczna i działalność polityczna, pszczelarstwo i drukarstwo, rolnictwo i budownictwo… Pomimo tego natłoku nigdy nie zapominał o tym, co istotne. Doskonale odróżniał sprawy ważne od pozbawionych znaczenia. Wykluczało to też wszelką małostkowość czy pamiętliwość. Owocowało także tym, że najbardziej zaciekłe spory, toczące się w jego środowisku, nie oddalały ludzi od siebie. Sprzeczności stawały się czynnikiem napędzającym i twórczym a nie oddalającym. Kornelowa sztuka odróżniania spraw ważnych od drugorzędnych sprawiała, że o tych najbardziej istotnych nigdy nie zapominano. Z nim „nigdy nie traciło się azymutu”. Były sprawy, za które bez wahania oddałby życie i drobiazgi, do których nie przywiązywał wagi. Dlatego można było toczyć z nim spory, eskalacją zbliżające się do awantury i pomimo istnienia tak wielkich sprzeczności pozostawać z nim w serdecznej bliskości, żywiąc uczucia obopólnej przyjaźni. Taka zasada sprawiała, że nikt nie obawiał się mówić mu tego, co myśli. A że był doskonałym, uważnym, empatycznym słuchaczem – wypowiadano się przed nim szczerze i bez obaw. W latach ukrywania się i działania w głębokiej konspiracji spotykał się i rozmawiał z blisko dwoma tysiącami ludzi podziemia. Sam jego sposób myślenia i rozmawiania stanowił czynnik sprawiający, że pomimo mozolnych trudów i permanentnych zagrożeń ludzie nadal chcieli aktywnie pracować w organizacji, którą kierował.

Wolność, która wyłącznie buduje

W czasach działania Solidarności Walczącej mówiono o niej: „organizacja kadrowa”. Pogląd, wg którego składać się ona miała ze specjalistów konspiracyjnego rzemiosła, wyrażały wcale nie przychylne SW „elity” opozycji de facto koncesjonowanej oraz oficerowie Biura Studiów MSW, definiujący Solidarność Walczącą jako „konspirację o charakterze ofensywnym”. Można by stąd wywnioskować, że organizacja Kornela Morawieckiego była formacją karną niczym pruska piechota, ślepo wykonująca nawet straceńcze rozkazy. Nic bardziej mylnego!

W ankietach, wypełnianych dzisiaj przez wstępujących do niektórych stowarzyszeń, znajdują się pytania o to, co nowy członek może i chciałby wnieść, na jakich aktywnościach się skupić, w jakim stopniu – jest w stanie się zaangażować. Kornel należał do prekursorów takiego modelu przewodzenia ludziom. Do ludzi proszących o zadania mówił: „rób to, od czego upadnie komunizm”. Czyli – sam określ, w czym jesteś najlepszy, co masz do zaoferowania, jaka twoja aktywność będzie ciebie napędzać i w której będziesz najbardziej efektywny. Ten sposób gwarantował optymalne wykorzystywanie ludzkich potencjałów. Umożliwiał pożytkowanie pomocy ludzi, którzy będąc obciążonymi pracą i wieloma obowiązkami rodzinnymi, dysponowali tylko odrobiną wolnego czasu. W większym czy mniejszym stopniu – przydać się mógł każdy. Sprzyjał temu też szeroki katalog form działalności. Dawana przez organizację Morawieckiego wolność wyboru czyniła z niej miejsce, w którym ludzie realizowali swoje pasje. Lubisz pisać? Zakładaj gazetkę. Kręci cię ryzyko? Dołącz do Grup Wykonawczych. Masz zdolności plastyczne? Nasza Poczta i inne struktury – potrzebują grafików. Niezapomniany Janusz Krusiński, radiowiec Solidarności Walczącej w swoim wspomnieniu pisał: „Radio to sztuka – potrzebuje artysty”. W organizacji Kornela Morawieckiego każdy mógł być artystą. Twórcą wielkiego dzieła, wydobywającego naszą część świata z komunistycznego zniewolenia.

Potęga własnego przykładu

Kornel Morawiecki nie zaistniał w opozycji drogą „wskoczenia na beczkę”, w momencie gdy emocje wielu tysięcy osiągnęły poziom, skutkujący podjęciem ryzyka strajku. Nie został też przez nikogo oddelegowany do zarządzania jakąś grupą ludzi. Kornel przeszedł całą drogę „od szeregowca do generała”. Pierwsze napisy na murach wykonywał sam, hasła ciągnące się wzdłuż torów kolejowych od Wrocławia do Obornik – w towarzystwie jednego lub dwóch przyjaciół. Jego pierwsze ulotki powstawały wtedy, kiedy nie miał jeszcze pojęcia o druku - miały postać odbitek fotograficznych. Kolejne umiejętności poznawał w oparciu o podręczniki, metodami prób i błędów. Kiedy organizował zespoły drukarskie – znał każdy detal ich rzemiosła. Wychowany przez krąg ludzi, dla których konspiracja była treścią życia i oczytany w lekturach, których tematem była walka podziemna, miał merytoryczne podstawy do tworzenia systemu działalności, gwarantującego relatywnie bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa. Ludzie, z którymi podjął współpracę, dotąd nękani częstymi represjami, szybko dostrzegli kompetencje swojego lidera – owoce ich trudu były coraz większe a prześladowcy coraz bardziej bezradni. Tym sposobem umacniało się przekonanie, wg którego Kornel to ktoś, kto wie, co robi a związani z nim ludzie to elitarna kadra konspiry.

W czasie obowiązywania prawa wojennego powołał do życia organizację, swym programem wychodzącą poza cele taktyczne. Na takich, ograniczonych do wypuszczenia więźniów i zgodzie na dalszą działalność Solidarności, ograniczała się wtedy zdecydowana większość opozycji. On cele te popierał, ale wskazał takie o skali strategicznej: całkowite odsunięcie od władzy sowieckich marionetek, pełna niepodległość, likwidacja w Europie porządku pojałtańskiego. Pod celami tymi, sankcjonowanymi wówczas karą śmierci, podpisał się własnym imieniem i nazwiskiem. Przy czym takie „nadstawienie karku” nie wynikało ze złudzeń o swojej doskonałości czy niezniszczalności. W nie jednym, publikowanym w podziemiu wywiadzie, na pytanie o to, jak długo będzie się ukrywał, odpowiadał: „Aż mnie aresztują”. Miał pełną świadomość rozmiarów czasu i trudu, koniecznych do osiągnięcia założonych celów i otwarcie deklarował gotowość poniesienia wiążących się z tym konsekwencji. Jasne tego wyartykułowanie było zarazem informacją dla każdego, decydującego się na przystąpienie do jego organizacji – „poprzeczka” ryzyka była ustawiona na bardzo konkretnej wysokości. Stopień zagrożenia, wiążący się z działalnością w jego organizacji bywał tematem spotkań z jego ludźmi. Sam ich pytał: „Jak uważacie, co powinniśmy zrobić w sytuacji, gdyby zaczęli nas zabijać?” Ja na pytanie takie odpowiedziałem pytaniem: „Myślisz, że będą?” I usłyszałem: „Myślę, że raczej nie, ale wykluczyć tego się nie da”. Działamy więc bez trwogi, ale ze świadomością tego, na co się zdecydowaliśmy.

Ważna jakość pracy a nie zasoby, jakimi się dysponuje

Po wprowadzeniu stanu wojennego, z miesiąca na miesiąc, nie tylko w codziennych, szeptanych rozmowach bardzo wielu Polaków, ale i na antenie Wolnej Europy, Głosu Ameryki, BBC i innych zagranicznych rozgłośni pojawiały się poglądy, często mające charakter jednoznacznej informacji: solidarnościowe podziemie najpotężniejsze jest we Wrocławiu. Dowodem na to był najszybszy i najbardziej dynamiczny rozwój prasy, ukazującej się poza zasięgiem cenzury. Najczęściej fakt ten kojarzono z uratowaniem przez dolnośląską Solidarność niemal całych zasobów finansowych – wypłaceniem 80 milionów zł, po wybuchu wojny polsko – Jaruzelskiej mogących służyć zepchniętemu do podziemia związkowi. Już jednak po kilku miesiącach dolnośląscy liderzy związku, jeden po drugim, zaczęli wpadać w ręce bezpieki, przy czym kuriozalne okoliczności zatrzymania Józefa Piniora wiązały się z utratą wielkiej części uratowanych wcześniej zasobów. Wielu wówczas zrozumiało, że potęga dolnośląskiego podziemia nie miała wiele wspólnego z uratowanymi pieniędzmi. Budowali je bowiem przede wszystkim ci, którzy dostępu do nich nie mieli.

Pomoc materialna, organizowana przez przyjaciół Solidarności Walczącej, była bezcenna, ale siłą rzeczy stanowiła promile wsparcia, płynącego do kierownictwa NSZZ Solidarność. Stąd większość wydawnictw organizacji Kornela Morawieckiego musiała być sprzedawana a nie rozdawana za darmo. Przynosiło to jednak pozytywne efekty. Jeśli ktoś musiał się rozliczać z kolportowanej bibuły – to nie rozrzucał jej byle gdzie, ale kierował ją do konkretnych odbiorców. A jeśli ktoś poświęcał na gazetkę choć symboliczną kwotę – to tę gazetkę czytał. Podnosiło to zarazem jakość dystrybucji, jak i skuteczność przekazu. Organizacja Morawieckiego (przynajmniej w dużej mierze) musiała się samofinansować. Jakże wymowne jest to, że jej członkowie sami zaczęli ją nazywać: „firma”.

Solidarność Walcząca to nie pierwszy w historii przypadek, w którym niedostatek zasobów stanowi czynnik rozwoju. Antyczna Fenicja była pasem wybrzeża, ubogim w gleby, rośliny i minerały. A to jednak mieszkańcy tej właśnie krainy, wielekroć uboższej od wszystkich swych sąsiadów, stworzyli najlepszą flotę, zostali mistrzami wytopu szkła, zbudowali archipelag swoich kolonii. Podobnie Morawiecki - nie dysponował nawet namiastką pieniędzy, znajdujących się w dyspozycji innych działaczy opozycji. A to jednak radiofonia jego organizacji stanowiła wielokrotność wszystkich innych inicjatyw radiowych, to Solidarność Walcząca uruchomiła też takie formy działalności, o których innym nawet się nie śniło.

Spotykając się z ludźmi swej organizacji Kornel pytał o nastroje, o to „jak długo jeszcze dadzą radę”. Byłem świadkiem tego, jak jeden z działaczy odpowiedział wtedy, że jego współpracownicy są zmęczeni, tracą nadzieję na jakieś skutki ich pracy i ogólnie „mają dość”. Zakończył obawą, że wkrótce może da radę drukować jedynie 200 gazetek tygodniowo. Kornel odpowiedział na to spokojnie: „No to będziemy robić 200”. Był to jasny wyraz konsekwencji działania i wierności swym przekonaniom. Nie tylko ze słów, ale przede wszystkim z postawy przewodniczącego Solidarności Walczącej wynikało, że nawet, jeśli mielibyśmy matematycznie udowodniona pewność, że nasza sprawa nie zwycięży za naszego życia, to powinniśmy na jej rzecz pracować i pozostać jej wiernymi.

Postać Kornela Morawieckiego to przykład doniosłej roli, jaką w nawet najtrudniejszych warunkach odegrać może wybitna jednostka, łącząca w sobie duży potencjał intelektualny, nieustanną aktywność, potęgę charakteru, wielką empatię i niezłomną wierność szczytnym celom.

Artur Adamski