W Cichą Noc

„Cicha noc”… Cuda, cuda ogłaszajcie!!!

„Rozdzielił nas, mój bracie, zły los i trzyma straż,
W dwóch wrogich sobie szańcach patrzymy śmierci w twarz.
W okopach pełnych jęku, wsłuchani w armat huk,
Stoimy na wprost siebie
Ja wróg twój, ty mój wróg!”

Edward Słoński,  „Ta, co nie zginęła…”, 1916 r.

W czasie trwania niezwykle krwawej Wielkiej Wojny święta Bożego Narodzenia obchodzono czterokrotnie. Konflikt zapoczątkowany latem 1914 r. przyniósł śmierć tysięcy żołnierzy oraz cywilów. Wojna, która w chwili wybuchu miała być lokalnym konfliktem, przeobraziła się w krwawego potwora, który przez cztery lata codziennie pożerał tysiące ludzkich istnień. Plan Schlieffena – niemiecki plan wojny zakładający błyskawiczne pokonanie Francji – nie osiągnął zamierzonych celów. Cesarz niemiecki Wilhelm II nie był w stanie dotrzymać obietnicy z sierpnia 1914 r. danej swoim żołnierzom, że „wrócą do domów, zanim nastanie Boże Narodzenie”. Wigilia pierwszego roku Wielkiej Wojny przywitała zarówno ich, jak i wojska alianckie w transzejach ciągnących się w poprzek Europy, od Szwajcarii po Kanał La Manche, na długości ponad 700 km. Na froncie zachodnim ze względu na charakter działań zbrojnych nazywana była wojną pozycyjną, nastawioną na wyczerpanie przeciwnika, i tam właśnie 24 grudnia 1914 r. na polach przeoranych okopami, lejami po bombach, zasłanych ciałami poległych wydarzył się świąteczny cud. Cud, w który już przestawano wierzyć.

Jeszcze przed Bożym Narodzeniem, 7 grudnia 1914 roku, papież Benedykt XV wezwał dowódców walczących stron do rokowań pokojowych, do zaprzestania lub zawieszenia broni przynajmniej w okresie nadchodzących świąt. Jednakże zarówno politycy, jak i wyżsi dowódcy wojskowi obu stron konfliktu ignorowali apel neutralnego Watykanu. Rosjanie stwierdzili, że Boże Narodzenie w prawosławiu przypada kilka dni po obchodach katolickich, więc problemu w prowadzeniu walk nie widzą.  W grudniu 1914 roku zwyciężyło jednak człowieczeństwo. We Flandrii, w rejonie miasta Ypres, gdzie późną jesienią zakończyła się pierwsza wielka ofensywa tej wojny, wrogie armie zaczęły „dreptać w błocie”, front się zatrzymał. Walki toczyły się o jego wyrównanie, taktyczną przewagę na konkretnym odcinku, lecz stanęły w miejscu. W wigilię 1914 roku doszło tam do wydarzenia nazywanego później „rozejmem bożonarodzeniowym”. Od czego się zaczęło i jak zrodziła się oddolna inicjatywa bratania się przeciwnych armii? Wszak za złamanie rozkazów groził sąd wojskowy i rozstrzelanie.

Rankiem 24 grudnia żołnierze alianccy zaobserwowali dziwny ruch w okopach niemieckich. Korzystając z chwilowej przerwy w wymianie ognia, Niemcy ustawili przed transzejami bożonarodzeniowe drzewka ustrojone światełkami oraz ozdobili swoje pozycje. Francuzi i Brytyjczycy obawiali się niemieckiej prowokacji mającej na celu wywabienie wroga z okopów. Jednak ostrzału nie rozpoczęto. W tym miejscu najlepiej przytoczyć słowa bezpośrednich uczestników tamtych wydarzeń.

7 grudnia 1914 r. późniejszy polityk francuski, a wówczas podporucznik Charles de Gaulle tak opisywał sytuację z frontu, gdzie był świadkiem fraternizacji żołnierzy armii francuskiej z wrogiem: „Po obfitych deszczach na północ od Ypres w okopach było tyle wody, że żołnierze zwyczajnie z nich wyskakiwali, by nie tkwić w niej po pas. I zaczynali ze sobą rozmawiać, przeklinając los. W pierwszych dniach grudnia na wielu odcinkach frontu ogłaszano nieformalny rozejm, podczas którego Francuzi i Niemcy wymieniali się gazetami i pomagali sobie zabierać z pola bitwy ciała kolegów”.

Porucznik Dougan Chater z brytyjskiego drugiego pułku Gordon Highlanders wspominał: „Widziałem dziś, jak myślę, coś, czego jeszcze nikt nie widział. Około dziesiątej rano zerknąłem ponad okop i nagle ujrzałem dwóch Niemców machających w naszą stronę. Dwóch z nich wyskoczyło z okopu i szło ku nam. Właśnie do nich mierzyliśmy, gdy spostrzegliśmy, że są nieuzbrojeni. Jeden z naszych wyszedł im naprzeciw, a po kilku minutach cały obszar pomiędzy okopami był pełen żołnierzy i oficerów, którzy podawali sobie ręce i składali życzenia szczęśliwych świąt”. I dalej w liście do rodziny: „Nie wiem, jak długo to potrwa – chyba miało się to skończyć wczoraj, ale na całym odcinku frontu nie słychać strzałów poza jakimiś odgłosami z daleka. My w każdym razie będziemy mieli kolejny rozejm na Nowy Rok, bo Niemcy chcą zobaczyć, jak wyszły nasze wspólne zdjęcia”.

Według notatek szeregowego Williama Quintona tak wyglądał 24 grudnia: „Wszędzie wokół leżało około 3 cali śniegu – Boże Narodzenie jak z obrazka. Było bardzo cicho. W powietrzu czuło się »pokój ludziom dobrej woli«. (…) Jakiś ruch od strony niemieckich okopów sprawił, że przetarliśmy oczy w niedowierzaniu i popatrzeliśmy jeszcze raz. Tu i tam widzieliśmy coś, co wyglądało jak maleńkie kolorowe światełka. (…) Byliśmy bardzo podejrzliwi i omawialiśmy to dziwne zachowanie wroga, gdy nagle stało się coś jeszcze dziwniejszego. Niemcy śpiewali! Niezbyt głośno, ale bez wątpienia śpiewali. Nagle przez zaśnieżoną ziemię niczyją rozległ się mocny głos śpiewający pierwsze wersy »Annie Laurie«. Angielszczyzna śpiewaka była idealna, oczarował nas zupełnie. (…) Obie strony słuchały w idealnej ciszy, a gdy przebrzmiały ostatnie słowa, z naszych okopów rozległa się spontaniczna burza oklasków. Encore, stary frycu!”.

Francuski żołnierz 256. Pułku Piechoty Gustav Berthier pisał: „Nasze cztery dni w okopach były trudne z powodu silnego mrozu, ale Niemcy dawali nam spokój. W Boże Narodzenie dali znak, że chcą z nami porozmawiać. To ja podszedłem na 3 czy 4 metry do ich okopów, z których wyszło ich trzech na rozmowę. Było to święto Bożego Narodzenia, dzień radości, i chcieli, byśmy nie strzelali do nich przez cały dzień i noc, obiecując, że sami przez ten czas ani razu nie strzelą”.

Szeregowy Frank Sumpter relacjonował: „I wtedy usłyszeliśmy, jak Niemcy śpiewają »Cicha noc, święta noc«, a po chwili nadeszła od nich wiadomość – życzenia »wesołych świąt«. Więc my też posłaliśmy im życzenia. Kiedy oni śpiewali, któryś z chłopaków powiedział: »Dołączmy do nich«, więc dołączyliśmy się i kiedy my śpiewaliśmy, oni przestawali. A kiedy my kończyliśmy, oni zaczynali od nowa. Nagle któryś z Niemców wyskoczył z okopu i krzyknął: »Wesołych Świąt, Tommy«. Rzecz jasna nasi chłopcy od razu stwierdzili, że skoro on to zrobił, to my też możemy, po czym jeden po drugim wyszliśmy z okopów. Starszy sierżant wrzasnął: »Wracać!«, ale my rzuciliśmy tylko: »Cicho, sierżancie, są święta«, i wszyscy podeszliśmy do okopów. (…) W rozmowach z Niemcami nie wspominaliśmy o wojnie. Mówiliśmy o rodzinach, ile mamy lat, ile to może potrwać i tego typu rzeczy”.

Porucznik Edward Hulse tak opisywał frontowy cud: „Zaczęliśmy rozmawiać z Niemcami, przez »ziemię niczyją«, którzy pragnęli zawieszenia broni na okres świąt. Zwiadowca F. Murker wyszedł z okopów i spotkał niemiecki patrol. Poczęstowali go szklanką whisky i cygarami oraz przekazali wiadomość, że jeśli my przestaniemy strzelać, to i oni postąpią tak samo”.

Porucznik Dougan Chater wspominał: „Około 10 rano zobaczyłem Niemca machającego ramionami. Wyszedł z okopu z jeszcze jednym żołnierzem i ruszyli w naszą stronę. Najpierw chcieliśmy do niego strzelić, ale zobaczyliśmy, że nie mają broni. Wtedy jeden z naszych wyszedł im naprzeciw. Po dwóch minutach już cały teren między naszymi okopami był pełen żołnierzy i oficerów z obu stron, ściskających sobie ręce i życzących »wesołych świąt!« (…) Wymieniali wzajemne serdeczności przez krótki okres czasu. Po pół godzinie żołnierze wrócili do okopów, jednak nie ostrzeliwano się wzajemnie. (…) Żołnierze, nie kryjąc się, znosili do okopów słomę i opał”. 

Jeszcze inny oficer brytyjski zanotował: „Szczególnie dobrze prezentowali się Sasi, którzy wywarli wrażenie inteligentnych. Miałem całkiem przyzwoite rozmowy z trzema lub czterema z nich, nazwiska i adresy dwóch z nich zapisałem w moim notesie (…). Po naszych rozmowach naprawdę myślę, że wiele doniesień prasowych musi być mocno przesadzone”.

Szeregowiec H. Scrutton z Regimentu Essex pisał: „Nasze okopy są jakieś 30–40 metrów od niemieckich. To prowokowało do pokrzykiwania w stronę wrogów, którzy chętnie nam odpowiadali. Zaczynała się dziwna wymiana zdań, a oto, co zdarzyło się w wigilię. Z naszego okopu: »Dzień dobry, Frycu!«. Bez odpowiedzi. »Dzień dobry!« Nadal nic. »Dzień Dobryyyy!!« Z niemieckich okopów: »Dzień dobry«. No to my: »Jak się macie?«. Oni: »W porządku«. My: »Chodź do nas, Frycu«. Oni: »Jak wyjdę, to mnie zastrzelicie«. My: »Nie, wyłaź, bez obaw. Chodź, dostaniesz parę fajek, Frycu«. Oni: »Nie. Wyjdźcie na środek i spotkajmy się w połowie drogi«. My: »W porządku«. Jeden z naszych napchał sobie kieszenie fajkami i wyszedł na środek. On też. Spotkali się w połowie drogi i podali sobie ręce. Fryc wziął fajki i dał w zamian kawałek sera. Scenie przyglądali się Niemcy i nasi, zaczęliśmy rzucać czapki w powietrze. W końcu 18 naszych wyszło z okopów, ich mniej więcej tyle samo i spotkaliśmy się na środku ziemi niczyjej”.

Brytyjski szeregowy Albert Moren wspominał: „To była piękna księżycowa noc, mróz skuł ziemię, było biało prawie wszędzie. Około 7 lub 8 wieczorem było sporo zamieszania w niemieckich okopach. Były oświetlone, sam nie wiem czym. A potem Niemcy zaśpiewali »Cichą noc«. Cóż za piękna melodia, pomyślałem. To był jeden z najważniejszych dni
w moim życiu. Nigdy go nie zapomnę”.

Kapral John Ferguson: „Rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się od lat. Staliśmy przed niemieckimi zasiekami z drutu kolczastego; otaczali nas Niemcy (…). Cóż za widok – grupki Niemców i Brytyjczyków utworzyły się na prawie całej długości naszego frontu! Z ciemności mogliśmy usłyszeć śmiech i zobaczyć rozpalone zapałki, gdy jakiś Niemiec podpalał Szkotowi papierosa i na odwrót”.

Z kolei w Belgii, w pobliżu wioski Ploegsteert brytyjski oficer R.J. Armes wysłuchał ze swoimi żołnierzami piosenek śpiewanych przez niemieckiego żołnierza z przeciwnych okopów, a gdy ten skończył, poprosili o jeszcze jedną. Zabrzmiało „Dwóch grenadierów” Roberta Schumanna. A potem żołnierze z obu stron spotkali się na ziemi niczyjej, gdzie doszło do małej „uczty” zakończonej zaśpiewaniem przez Brytyjczyków „Christians Wake”, a przez Niemców „Die Wacht am Rhein”.

Szeregowy Henry Williamson z Londyńskiej Brygady Strzelców w swoich wspomnieniach tak przedstawiał sytuację: „Nowi przyjaciele–wrogowie ostrzegali, że w związku ze spodziewaną inspekcją z jakiegoś wysokiego, sztabowego szczebla będą musieli postrzelać trochę z karabinów maszynowych. Niemcy obiecywali, że będą mierzyć wysoko, lecz prosili, by na wszelki wypadek poszukać sobie porządnego schronienia”.

Po drugiej stronie okopówJosef Wentzl z 16. Bawarskiego Rezerwowego Pułku Piechoty pisał: „Inny dał mi chustkę do nosa, trzeci napisał moje nazwisko na karcie poczty polowej, czwarty zapisał swój adres w moim notatniku. Żołnierze rozmawiali tak, jak umieli, i bardzo dobrze się traktowali. Pewien Anglik grał na harmonijce niemieckiego kolegi, inni tańczyli, jeszcze inni zaś z wielką dumą przymierzali niemiecką pikelhaubę”. Dalej wspominał: „Jeden podszedł do mnie, od razu uścisnął moją dłoń i przekazał mi kilka papierosów, drugi dał mi pamiętnik, trzeci podpisał się na pocztówce, czwarty zanotował swój adres w moim notesie. Jeden Anglik zagrał na harmonijce ustnej niemieckiego żołnierza, inni tańczyli, jeszcze inni dumnie paradowali w niemieckich hełmach (…). Nie zapomnę tego widoku przez resztę mojego życia”. Ciekawostką jest to, że żołnierz ten służył w tym samym pułku co gefrajter Adolf Hitler, przyszły kanclerz III Rzeszy, który był przeciwny świątecznemu rozejmowi.

Kolejną relację przedstawił Josef Sewald z 17. Bawarskiego Pułku: „Krzyczałem do naszych wrogów, że nie chcemy do nich strzelać ze względu na bożonarodzeniowy rozejm. Powiedziałem im, że mógłbym do nich przyjść i spróbować porozmawiać. Na początku nastała cisza, potem jeszcze raz krzyknąłem, zapraszając ich, na co oni odpowiedzieli: »Nie strzelać!«. Któryś z Brytyjczyków wyszedł z okopów, ja uczyniłem to samo i podaliśmy sobie razem dłonie”.

W czasie bratania się wrogich oddziałów w świąteczny czas dochodziło do wymiany upominków: szalików, czapek, alkoholu, papierosów czy czekolady, wspólnych fotografii, śpiewów, mszy, pochówku ciał zabitych kolegów, którzy pozostali na ziemi niczyjej. Delegacje oficerów pod Ypres również spotykały się ze sobą, wymieniając się beczką piwa oraz puddingiem śliwkowym. Został rozegrany mecz piłki nożnej w pobliżu miejscowości Armentieres. Kopano w wykonaną naprędce z podręcznych materiałów piłkę. Mecz zakończył się wynikiem 3 do 2 dla Niemców. Grę przerwano, w momencie gdy piłka wpadła w zasieki i podziurawiła się o kolce.

Oczywiście zdarzało się i tak, że poza gestami pojednania dochodziło do wrogości i wymiany ognia. W relacji podporucznika armii brytyjskiej Bruce’a Bairnsfathera, który nazwał Niemców „diabłami”, czytamy: „Wszyscy oni chcieli być przyjaźni, ale żaden z nich nie posiadał otwartej, szczerej wesołości naszych ludzi”. I dalej: „Uwieńczeniem tego wszystkiego był widok jednego z moich chłopców z załogi karabinu maszynowego, w cywilu fryzjera–amatora, obcinającego nienaturalnie długie włosy klęczącemu przed nim potulnie Szwabowi”.

Inny Brytyjczyk, kapitan Billy Congreve, wspominał: „Wydaliśmy surowe rozkazy, aby nie pozwolić na jakiekolwiek próby rozejmu, gdyż słyszeliśmy pogłoski, że Niemcy będą próbowali zawieszenia broni. I przyszli do nas, śpiewając. Więc otworzyliśmy szybki ogień w ich kierunku, gdyż tylko na taki rozejm zasługiwali”.

Po niedługim czasie informacje o tym, co dzieje się na linii frontu, dotarły do dowództw. Sytuacja ta dla generalicji była nie do przyjęcia, m.in. dla marszałka sir Johna Frencha, dowódcy Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych na kontynencie, który wydał rozkaz „zapobiegania” fraternizacji z Niemcami. Według relacji sierżanta George’a Ashursta: „(…) strzelać miała artyleria, karabiny maszynowe, oficerowie ze swych rewolwerów. W ten sposób wojna zaczęła się na nowo. Przeklinaliśmy tych cholernych generałów jak diabli”. Dalej pisał: „Później dotarły do nas angielskie gazety, w których oskarżano nas o bratanie się z wrogiem. Duchowni oskarżają nas o bratanie się z wrogiem, podczas gdy w dzień Bożego Narodzenia trwał rozejm. Napisałem do domu i wygarnąłem wszystko mojej rodzinie. Że ci wszyscy duchowni i inni piszący do gazet przydaliby się nam tutaj. Że mogliby stanąć przed nami zamiast Prusaków, a my posłalibyśmy im serię za wygadywanie takich bzdur, co tak łatwo przychodzi, kiedy się siedzi w ciepełku w bezpiecznej Anglii”. Strzelano nawet do samych choinek stojących przed niemieckimi okopami.

Rozejm trwał do 26 grudnia. Rankiem tego dnia żołnierze pozostawali na swoich pozycjach. Jednakże na wielu odcinkach frontu walki były wstrzymane przez kolejne dni, zahaczając o nowy rok. Dowództwo ukróciło „okres ciszy” na froncie poprzez nasilenie propagandy oraz reorganizację przebywających na danym odcinku oddziałów, tak aby wojsko nie zdążyło zaprzyjaźnić się z przeciwnikiem. Wszelkie próby fraternizacji z przeciwnikiem były karane przez sąd wojskowy wyrokiem śmierci, zaś definitywny koniec rozejmu przyniosły snajperskie kule z obu stron frontu oraz wymiana oddziałów przyfrontowych.

Szacuje się nieoficjalnie, że w bożonarodzeniowym rozejmie uczestniczyło do stu tysięcy żołnierzy przeciwnych armii. Wydarzenie to było fenomenem, który mógł wynikać z faktu wysłania na linie frontu w grudniu 1914 roku rezerwistów, często ludzi starszych wiekiem, którzy zwolnili zmęczonych kilkumiesięcznymi walkami żołnierzy znających tragizm wojennej rzeczywistości. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, że w miejscach, gdzie walczyła Legia Cudzoziemska, nie doszło do świątecznego pojednania, a wręcz eskalacji walk powodującej setki ofiar.

W czasie pierwszej wojny światowej już nigdy nie doszło do tego rodzaju wydarzenia, a przynajmniej nie na taką skalę. Wynikało to m.in. z brutalności wojny, użycia czołgów, gazów bojowych, ataków z powietrza, nieprzestrzegania konwencji dotyczących jeńców wojennych, narastania wzajemnej nienawiści potęgowanej przez coraz bardziej krwawe walki czy propagandę.

Swą krew ocaloną oddają za darmo
Każdemu, kto zechce połączyć ich z armią
Farbują mundury, wędrują przez kraje
I czasem strzelają do siebie nawzajem
Pod każdym sztandarem – byle nie białym
Szukają zwycięstwa – rozbite oddziały

Jacek Marcin Kaczmarski, „Rozbite oddziały”

W wojskach państw biorących udział w I wojnie światowej wcielonych było szacunkowo od 2,9 mln do 3,4 mln żołnierzy pochodzenia polskiego. Służyli oni zarówno na frontach wschodnich, jak i zachodnich Wielkiej Wojny, choć czasami ciężko było dokonać jednoznacznej weryfikacji narodowej. Odnosiło się to do mieszkańców Śląska czy Mazur, gdzie w rodzinach czy na ulicy mówiło się po niemiecku, a ludzie uważali się za Polaków, lub odwrotnie. Ponadto trzeba zwrócić uwagę na Polaków, którzy przybyli na europejski front wraz z kontyngentem armii USA czy żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, którzy zasilili Błękitną Armię Hallera. W czasie działań wojennych 1914–1918 w wojskach państw zaborczych służyło około 1,4 mln Polaków w armii austriackiej, 800 tyś w armii niemieckiej, zaś w rosyjskiej do 1,2 mln. W takiej sytuacji dochodziło do tragicznych, bratobójczych walk, mniej lub bardziej świadomych, gdyż przede wszystkim strzelano do siebie z odległości, rzadziej walcząc na bagnety.

Polskie formacje służące na froncie wschodnim rzadko kiedy miały możliwość uczczenia świąt Bożego Narodzenia. Żołnierze 1. Brygady Legionów Polskich stacjonujących pod Nowym Sączem, dowodzonych wówczas przez podpułkownika Kazimierza Sosnkowskiego, otrzymali 22 grudnia 1914 r. rozkaz wymarszu w okolice Tarnowa. Pod miejscowością Łowczówek w zasadzie z marszu zostali wrzuceni w środek bitwy. Atak oddziałów polskich był natychmiastowy. Niezwłocznie po przybyciu na pole walki pułk dowodzony przez majora Rydza-Śmigłego zdobył wyznaczony cel, walcząc bagnetami, kolbami karabinów i łopatkami saperek. Natarcie wsparte przez żołnierzy piechoty węgierskiej oraz ogień artylerii austriackiej zakończyło się sukcesem. W nocy z 23 na 24 grudnia żołnierze rosyjscy przysunęli się na froncie na odległość w niektórych miejscach do 30 m od pozycji polskich. 24 grudnia przez cały dzień trwały mordercze walki, a z powodu gęstej mgły walkę prowadzono najczęściej na bagnety.

Tak wspominał tamte świąteczne dni przyszły premier Rzeczypospolitej Felicjan Sławoj Składkowski: „Strzelanina, która wybuchła przy odbieraniu okopów, ustała. Gęsta mgła spadła na całą okolicę. Przypominamy sobie, że to Wigilia. Zaczęliśmy śpiewać kolędy, gospodarz i gospodyni z nami. Ranni w brzuch domagali się wody, chociaż »w ten święty wieczór, jeżeliśmy chrześcijanie«. Trzeba było im odmówić. Biedacy z zazdrością patrzyli, jak jeniec, praporszczyk, pił kawę. (…) W tę noc wigilijną chłopcy nasi w okopach zaczęli śpiewać »Bóg się rodzi…«. I oto z okopów rosyjskich Polacy, których dużo jest w dywizjach syberyjskich, podchwycili słowa pieśni i poszła w niebo z dwóch wrogich okopów! Gdy nasi po wspólnym odśpiewaniu kolęd krzyknęli: »Poddajcie się tam, wy, Polacy!«,  nastała chwila ciszy, a później – już po rosyjsku: »Sibirskije striełki nie sdajutsia«. Straszna jest wojna bratobójcza. Podobno jeden z naszych młodych chłopców wziął do niewoli ojca swego, którego zabrali do wojska rosyjskiego”.

Święta upłynęły Polakom na walkach. W dniach 22–25 grudnia nasze wojska przeprowadziły pięć ataków, w których zginęło ponad 120 żołnierzy, z czego prawie czterdziestu oficerów.

W innych miejscach frontu wschodniego żołnierze polscy mieli więcej szczęścia, aby móc spokojnie przeżyć świąteczny czas. Tak w swych dziennikach z kampanii rosyjskiej opisywał hr. Krasicki, oficer 2. Brygady pod dowództwem gen. Karola Trzaski-Durskiego: „W altanach zbudowanych przez żołnierzy, przy stołach udekorowanych gałązkami świerku, we wspólnej wigilii uczestniczyli oficerowie i żołnierze, którzy akurat w tym czasie nie mieli służby. Dzielili się opłatkiem przysłanym przez Naczelny Komitet Narodowy. Były nawet niektóre z tradycyjnych potraw wigilijnych, takie jak barszcz zabielany, ryba smażona, kompot ze śliwek, pierogi z kapustą. Były też jabłka i czekolada, również przysłana przez NKN”.

Żołnierze w różny sposób starali się wprowadzić atmosferę świąt w swych przyfrontowych kwaterach. Choinki ubierano tym, co było pod ręką, łuskami, nabojami karabinowymi czy watą z opatrunków polowych. Zapewne wtedy rozbrzmiewała kolęda na melodię „Wśród nocnej ciszy” do słów ułożonych przez żołnierza 16. Pułku Piechoty Landwehry Mariana Szuberta:

Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi:
Wstawaj, żołnierzu, Moskal nadchodzi!
Czym prędzej się porywajcie
I Moskala powstrzymajcie,
Ziemi swej brońcie!

Poszli żołnierze bronić swej ziemi,
Sypiąc okopu rękoma swemi.
A gdy rowy wykopali,
Powstał mur lepszy od stali,
Z walecznych piersi.

Naprzód trzynastka dzielnie zaczęła,
Krakowskich dzieci krew się uwzięła.
Moskalowi strzepać skórę,
Przepędzić go w mysią dziurę,
Z bagnetem w ręku.

A za trzynastką w krwawy bój ruszył
Pułk, który nieraz broń swoją kruszył.
W walkach wielkich i zaciętych,
Z Mazurów złożony ciętych,
Nasz pułk czterdziesty.

Moskal ucieka, więc naprzód, zuchy!
Ruszyli za nim, pełni otuchy.
Pięćdziesiąt siódmy z boku
Żwawo dotrzymuje kroku,
Tłukąc Moskali.

Ze Śląska nasi bracia też przyszli,
Ci, co z Cieszyna na wojnę wyszli.
Ich setny pułk się uwija,
Ślązaka kula nie mija
Na cel wziętego!

Wadowiczanie też się spisali
W naszym zwycięstwie, klęsce Moskali.
Górą pięćdziesiąty szósty
Sprał Moskala jak kapusty
Marną główeczkę!

Trzydziestka lwowska laury zebrała,
Biorąc przy szturmie moskiewskie działa,
Zamarstynów i Łyczaków
Przywiódł z sobą moc kozaków,
W niewolę wziętych.

Dla uświetniania tak wesołego
Zwycięstwa przyszli z Zakopanego,
Targu i Sącza Nowego
Górale ze dwudziestego

Pułku znanego.

I ci do reszty, nie tracąc chwili,
Wroga Moskala precz wypędzili.
Za co niech Ci chwała będzie
Przy tegorocznej kolędzie,
Jezu kochany!


Literatura:
C. Brzoza, A.L. Sowa, Historia Polski 1918–1945, Kraków 2006.

Martin Gilbert, Pierwsza wojna światowa, Zysk i S-ka 2003.

Peter Hart, I wojna światowa 1914-1918. Historia militarna, Rebis 2015.

Eligiusz Kozłowski, Mieczysław Wrzosek, Historia oręża polskiego 1795–1939, Warszawa 1984.

Arthur Max, Pierwsza wojna światowa, Rebis 2013.

Michael S. Neiberg, David Jordan, Front wschodni 1914–1920. Historia pierwszej wojny światowei, Rebis 2014.

Polski wiek XX. Dwudziestolecie międzywojenne, t. 1. Praca zbiorowa pod red. Krzysztofa Persaka i Pawła Machcewicza, Warszawa 2009.

Felicjan Składkowski, Moja służba w Brygadzie, Warszawa 1990.

J. Tazbir (red.), Zarys historii Polski,Warszawa 1979.

Barbara Tuchman, Sierpniowe salwy,Warszawa 2014.

Mieczysław Wrzosek, Polski czyn zbrojny podczas pierwszej wojny światowej 1914–1918, Warszawa 1990.